Statystyki siatkarskie w Excelu: gdzie kończy się arkusz kalkulacyjny
Gdzieś na twoim laptopie leży plik z zakładkami na skład, na liczby i na terminy meczów. Zbudowałeś go sam, w jeden wieczór, i robi dokładnie to, czego chciałeś. Pytanie nie brzmi, czy tak wolno — jak najbardziej wolno. Pytanie brzmi, w którym punkcie taki plik przestaje wyrabiać i czy ty kiedykolwiek do tego punktu dojdziesz.
Trzy arkusze i to, co arkusz kalkulacyjny robi naprawdę dobrze
Zapytaj dziesięciu trenerów, jak prowadzą swoją drużynę, a dostaniesz dziesięć razy mniej więcej ten sam plik, tylko pod inną nazwą. Jest w nim arkusz z zawodnikami, arkusz z liczbami z meczów i arkusz z terminami treningów i spotkań. Czasem w jednym pliku, czasem w trzech, prawie zawsze zrobiony przez jedną osobę w jeden wieczór.
To nie jest bieda, to całkiem dobry start. Arkusz kalkulacyjny robi trzy rzeczy, których nigdzie nie dostaniesz ot tak w prezencie. Sam decydujesz, jakie kolumny w nim będą, więc mierzysz dokładnie to, co jest dla ciebie ważne, i nic ponadto. Nie zależysz od nikogo: żadnego konta, żadnej subskrypcji, żadnej zgody zarządu. I każdy może go otworzyć — twój drugi trener, członek zarządu, ty sam za osiem lat.
Poniżej przechodzę przez te trzy arkusze: jakie kolumny w nich stoją, co dany arkusz robi dobrze i gdzie dokładnie pęka. A potem pytanie, które naprawdę się liczy — czy to pęknięcie w ogóle cię dotyczy, czy też do końca sezonu nigdzie ci nie zawadzi.
Arkusz 1: lista zawodników z numerami i kontaktami
To prawie zawsze pierwszy arkusz i zwykle też jedyny wypełniony do końca. Kolumny, które trenerzy w nim umieszczają, są wszędzie mniej więcej te same: imię i nazwisko, numer, pozycja, rocznik, telefon zawodnika, telefon rodzica albo opiekuna przy młodzieży, adres e-mail, rozmiar koszulki, numer licencji wymagany w rozgrywkach, a na końcu szeroka kolumna na uwagi — kontuzje, kto może zawozić, kto nie może w ferie.
Ten arkusz jest dobry w szybkości. W dwadzieścia minut masz cały skład na jednym ekranie, posortowany po numerach albo po pozycjach, i możesz go wydrukować oraz wrzucić do torby. Jakie numery rozdajesz i dlaczego, to zupełnie inna sprawa, opisana w tekście przydzielanie numerów i zarządzanie nimi.
Punkt pęknięcia tego arkusza polega na tym, że jest kopią, a nie źródłem. Dane ludzi się zmieniają: nowy numer telefonu, przeprowadzka, zawodnik, który rezygnuje w połowie sezonu. Wie o tym wyłącznie ta osoba, której to powiedziano, a bardzo często nie jest to osoba trzymająca plik. W międzyczasie w obiegu są kopie — twój drugi trener ma wersję z początku sezonu, kierownik drużyny tę z połowy, a rodzic, który układał grafik dojazdów, też jedną ma. Po pół roku nikt już nie wie, która lista jest tą właściwą, a przy danych kontaktowych osób niepełnoletnich nie wiesz dodatkowo, na ilu telefonach one leżą. Jakie są alternatywy dokładnie dla tego arkusza, opisuje tekst od papierowej listy do cyfrowego prowadzenia drużyny.
Arkusz 2: arkusz ze statystykami
Ten buduje się najczęściej i najrzadziej kończy. Forma jest przewidywalna: jeden wiersz na zawodnika, a obok kolumny na liczone akcje — punkt w ataku, błąd w ataku, as serwisowy, błąd zagrywki, punktowy blok, czasem przyjęcie w trzech poziomach. Na dole suma, obok procent, a na każdy mecz osobna zakładka. Kto pociągnie temat dalej, dorabia arkusz zbiorczy, który sumuje wszystkie zakładki meczowe.
Tutaj arkusz kalkulacyjny jest najmocniejszy, bo to ty ustalasz definicję. Czy zablokowana piłka jest błędem w ataku, czy dotknięta zagrywka jest asem, czy skuteczność ataku liczysz od wszystkich prób, czy tylko od piłek wykończonych: we własnym arkuszu wybierasz to sam. Jeśli jeszcze się wahasz, które liczby w ogóle są warte zachodu, zacznij od tekstu rozumienie statystyk siatkarskich — kolumna, której nie używasz, to praca, którą wykonujesz od nowa po każdym meczu.
Punkt pęknięcia nie siedzi w samym arkuszu, tylko w drodze do niego. Twój laptop nie stoi przy boisku: w trakcie meczu stawiasz kreski na papierze, a w domu to przepisujesz. To przepisywanie jest krokiem, który odpada jako pierwszy, gdy tylko zrobi się gęsto. Po miesiącu w pliku stoją trzy mecze z siedmiu, a szereg z czterema dziurami przestaje być szeregiem — nie zobaczysz w nim rozwoju, tylko pojedyncze wieczory. Samo kreskowanie to zresztą osobne rzemiosło, z własnym zestawem symboli i własnym rytmem; w całości rozpisuje je tekst statystyki siatkarskie na papierze. Druga część pęknięcia to forma: jedna zakładka na mecz oznacza, że każde zestawienie sezonowe jest robotą ręczną. Przy każdym nowym meczu ktoś musi rozszerzyć formułę zbiorczą, a tym kimś jesteś ty.
Arkusz 3: terminarz z frekwencją
Trzeci arkusz to terminarz. Kolumny: data, godzina rozpoczęcia, u siebie czy na wyjeździe, przeciwnik, hala z adresem, godzina zbiórki, a dalej po jednej kolumnie na zawodnika, w której stawiasz krzyżyk albo kreskę. Na dole licznik, który sumuje przy każdym, ile razy był.
Ten arkusz jest dobry w dawaniu obrazu na jeden rzut oka. Cały sezon mieści się na jednym ekranie, z kolorowaniem komórek w dwie sekundy widzisz, kogo systematycznie brakuje, i jako jedyny z tych trzech arkuszy ma sens także wydrukowany i przypięty do drzwi szafki.
Punkt pęknięcia to jednokierunkowość. Zawodnicy nie mają do niego wstępu. Nieobecności przychodzą na grupowy czat, rozłożone na cały tydzień, a ty je przepisujesz — stałeś się maszynistką grupy na czacie, i to dokładnie w tej robocie, na którą nie masz czasu w dniu meczu. Jeśli przesunie się godzina rozpoczęcia, zmienia się twój arkusz, a kalendarze trzynastu osób nie; to trzeba przekazać osobno i kiedyś się na tym przewrócisz. Jak zorganizować takie liczenie poza arkuszem, opisuje tekst prowadzenie frekwencji bez zamieszania.
Trzy punkty pęknięcia wspólne dla wszystkich arkuszy
Ponad zastrzeżeniami do poszczególnych arkuszy są trzy, które wracają wszędzie. Mają jedną wspólną cechę: nie zgłaszają się. Nie ma komunikatu o błędzie, nic się nie robi czerwone, i dlatego zauważasz je dopiero wtedy, gdy od dłuższego czasu idzie źle.
- Dwie osoby edytujące jednocześnie. Gdy tylko dołącza drugi trener albo kierownik drużyny, powstaje druga wersja. Poznajesz to po nazwie pliku, która z każdą rundą robi się dłuższa: Druzyna_v3_ostateczna_nowa.xlsx. Arkusz w chmurze rozwiązuje problem jednoczesnego pisania, ale nie odpowiada na pytanie, kto rządzi daną komórką — a w chwili, gdy ktoś wyśle plik mailem jako załącznik, odnoga i tak powstaje. Od tego momentu istnieją dwie prawdy i nie ma nikogo, kto potrafi powiedzieć, która jest ta dobra.
- Formuły, które po cichu się przesuwają. Twoja suma stoi jako =SUMA(C2:C13), ładnie po dwunastu zawodnikach. W połowie sezonu dochodzi nowy zawodnik, wpisujesz go w wierszu 14, a suma go nie liczy. Nic ci o tym nie mówi. To samo dzieje się, gdy usuwasz wiersz ze środka albo sortujesz blok, w którym kolumna z formułą nie sortuje się razem z resztą. Arkusz zawsze liczy dalej: nie daje błędu, tylko wynik. To najgroźniejsza cecha tego narzędzia — podejmujesz decyzję na podstawie liczby, która ładnie wygląda.
- Historia rozsypana na pliki rocznikami. Przy nowym sezonie praktycznie każdy robi kopię zeszłorocznego pliku i wyrzuca z niej liczby. Logiczne i działa. Ale trzy lata później pytanie „jak rozwinął się ten zawodnik" jest robotą na godzinę: trzy pliki, z odrobinę innymi kolumnami, odrobinę innymi definicjami i dwoma zawodnikami, którzy w międzyczasie zamienili się numerami. Rozwój na przestrzeni kilku sezonów to dokładnie to, co chciałbyś widzieć u młodzieży, i zarazem pierwsza rzecz, którą tracisz.
Kiedy arkusz jest po prostu lepszym wyborem
Teraz druga strona, opisywana rzadziej. Istnieje wyraźny obszar, w którym własny arkusz nie tylko wolno mieć, ale jest wręcz rozsądniejszy. Ten obszar ma cztery granice i wszystkie cztery obowiązują naraz.
- Jedna drużyna. Gdy tylko dochodzi druga drużyna albo zarząd, który chce zaglądać, pierwszy warunek odpada.
- Jeden gospodarz. Ty piszesz i nikt inny nie edytuje. Czytać wolno, pisać nie.
- Jeden sezon. Porównanie z zeszłym rokiem nie jest ci potrzebne, bo masz w dużej mierze nową grupę albo i tak z niego nie korzystasz.
- Mierzenie po to, żeby sprawdzić cel treningowy, a nie na okrągło. To jest najważniejsze. Sześć tygodni liczenia zagrywki, bo przez sześć tygodni pracujesz nad zagrywką, a potem koniec: do tego arkusz nadaje się idealnie. Budujesz go w pół godziny, odpowiada na dokładnie jedno pytanie, a potem wolno go zamknąć. To obietnica „od teraz będę prowadził wszystko" niszczy arkusze, a nie samo mierzenie.
Jeśli zostajesz przy własnym arkuszu, to jest krótka lista rzeczy, na które musisz uważać. Zapisuj jeden wiersz na zdarzenie zamiast jednej zakładki na mecz, wtedy sumowanie pozostaje możliwe bez ciągłego rozszerzania formuł. Zablokuj nagłówki kolumn i nie zostawiaj pustych wierszy w środku. Wprowadzaj datę jako datę, a nie jako tekst, bo inaczej sortuje się źle. W nazwie pliku umieszczaj datę, a nigdy słowa „ostateczna". Trzymaj dane kontaktowe w jak najwęższym zakresie i wiedz, kto ma kopię. I raz w miesiącu zrób tę nudną rzecz: przelicz jedną kolumnę ręcznie i porównaj wynik z formułą.
Granice, których nie przesunie żadna kolumna
Jedna rzecz na wstępie, bo często przedstawia się to na odwrót: także wtedy, gdy pracujesz na aplikacji, zostaje praca, której miejsce jest w arkuszu. Konkretnie: własne przeliczenia i pytania jednorazowe — kilometry z grafiku dojazdów w skali sezonu, własny sposób liczenia skuteczności ataku, w który akurat wierzysz, albo pytanie, które zadajesz raz i nigdy więcej, na przykład ile punktów oddaliście w piątej rotacji. Na to żadna aplikacja nie ma przycisku i mieć nie powinna. Eksport, przeliczenie, koniec.
Czego arkusz kalkulacyjny nie potrafi z zasady, to trzy rzeczy — te same trzy, które wracały wyżej przy każdym arkuszu. Wspólny dostęp, w którym zawodnicy sami wpisują swoją obecność, a ty niczego nie przepisujesz. Obsługa na bieżąco, dzięki której to, co dzieje się przy boisku, od razu ląduje we właściwym miejscu, zamiast wieczorem na twojej kanapie. I historia przypisana do zawodnika, a nie do pliku, dzięki czemu porównanie z zeszłym sezonem jest czynnością, a nie projektem.
Jeśli te trzy rzeczy ważą u ciebie dużo, aplikacja dla drużyny jest logicznym krokiem; Koach jest jedną z nich, z czternastodniowym okresem próbnym, żeby sprawdzić, czy pasuje. Jak podejść do takiego przejścia — co zabrać ze sobą, a co świadomie zostawić — opisuje tekst z Excela do aplikacji dla drużyny. A jeśli nie ważą dużo, odpowiedź jest równie uczciwa: zostań przy swoim arkuszu, zablokuj nagłówki kolumn i raz w miesiącu przelicz jedną sumę ręcznie. Arkusz, któremu ufasz, jest wart więcej niż system, z którego nie korzystasz.
Częste pytania
Czy arkusz w chmurze, na przykład Arkusze Google, rozwiązuje problem wersji?
Częściowo. Jednoczesna edycja działa dobrze i nie powstaje już drugi plik, dopóki nikt nie przesyła go jako załącznika. Pozostałe dwa punkty pęknięcia zostają: formuły przesuwają się tam równie po cichu, a nowy sezon i tam zwykle staje się nowym plikiem. Uważaj też na samo udostępnianie — link, którym każdy może zajrzeć, daje dostęp również do numerów telefonów z pierwszego arkusza.
Pobrałem gotowy plik ze statystykami. Czy to lepsze niż budowanie samemu?
Nie automatycznie, a dochodzi jedno ryzyko: nie znasz formuł. Zanim zaczniesz go używać, sprawdź dwie rzeczy. Po pierwsze, jaka definicja w nim siedzi — czy zablokowana piłka liczy się tam jako błąd i czy skuteczność liczona jest od wszystkich prób, czy tylko od piłek wykończonych? Po drugie, czy sumowanie rośnie razem z listą, gdy dopiszesz zawodnika. Wpisz jeden mecz, którego wynik znasz, i sprawdź, czy się zgadza.
Mój drugi trener też chce prowadzić statystyki. Da się to w jednym pliku?
Da się, ale ustalcie z góry dwie rzeczy, bo inaczej w ciągu miesiąca będziecie mieli dwie wersje. Raz: kto może pisać — drugi czyta i przekazuje. Dwa: gdzie plik mieszka i że nie krąży kopia mailem. Jeśli w praktyce to nie działa, jest to samo w sobie sygnał, że wyrastacie z rozwiązania opartego na wspólnym folderze.
Jak długo trzeba trzymać stare arkusze?
Rozdziel to. Danych kontaktowych nie trzymasz dłużej, niż są potrzebne: jeśli zawodnik odszedł, usuwasz jego wiersz z bieżącego arkusza. Liczby i wyniki możesz spokojnie zarchiwizować i ma to sens, jeśli chcesz do czegoś wrócić. Praktycznie: zachowaj po jednej zamkniętej kopii na sezon i nie pracuj dalej w starym pliku.

