Ćwiczenia siatkarskie PDF: dlaczego nigdy nie zaglądasz do darmowego zbioru
Gdzieś w twoim telefonie leży ten plik: PDF z dwustoma ćwiczeniami siatkarskimi, pobrany za darmo pewnego wieczoru, kiedy akurat miałeś chwilę. Przejrzałeś go raz. Od tamtej pory w czwartek i tak wyciągasz te same pięć ćwiczeń, które znasz na pamięć. To nie jest kwestia twojej dyscypliny i zwykle też nie kwestia samego zbioru.
Co da się znaleźć i ile to jest warte
Kiedy szukasz materiału treningowego w PDF, trafiasz z grubsza na pięć rodzajów. Nie różnią się jakością, tylko przeznaczeniem — i właśnie dlatego jedno do ciebie pasuje, a drugie nie.
- Materiały kursowe ze związków i szkoleń trenerskich. Najlepiej przemyślane rzeczy, jakie krążą za darmo: stoi za nimi jakaś linia szkoleniowa i zwykle napisano, po co dane ćwiczenie w ogóle istnieje. Wada tkwi w pochodzeniu — to załącznik do dnia szkoleniowego, na którym prowadzący połowę dopowiadał ustnie. Tobie zostaje streszczenie, a nie zajęcia.
- Materiały do lekcji WF-u i dla grup początkujących. Robione pod duże grupy, małą liczbę piłek i zawodników, którzy piłkę jeszcze łapią. Świetne, jeśli zaczynasz z dorosłymi amatorami albo z dziećmi, za lekkie w chwili, gdy twoja drużyna rozgrywa już prawdziwe akcje.
- Książka albo płatny PDF jednego autora. Jedna ręka, jeden styl rysunku, układ od łatwego do trudnego i warianty przy każdej formie. Często najlepszy możliwy wybór — i nie ma żadnego wstydu w tym, żeby za to zapłacić.
- Zbiory z setkami albo z tysiącem ćwiczeń. Pozlepiane z najróżniejszych źródeł: zmienny styl rysunku, to samo ćwiczenie trzy razy pod trzema nazwami, zero kolejności. Nie są złe — są nieuporządkowane, a to zupełnie inny problem.
- Wideo. Jedyny materiał, w którym ruch już siedzi, i to daje mu przewagę. Tyle że nie da się w nim wyszukać tego, czego potrzebujesz akurat dzisiaj wieczorem, a spora część nagrań pochodzi z siatkówki najwyższego poziomu, z której grupa dwunastu amatorów nic nie wyciągnie.
Nie musisz przeczytać całego zbioru, żeby wiedzieć, co masz w ręku. Otwórz jedno ćwiczenie i sprawdź, czy stoją przy nim trzy rzeczy: cel, liczba zawodników i przynajmniej jeden wariant albo utrudnienie. Jeśli tak, pisał to ktoś, kto sam stawał przed grupą. Jeśli jest tylko rysunek z nazwą, masz album z obrazkami — dobry jako podpowiedź dla pamięci, nie jako źródło.
To nie jest problem z czytaniem, tylko z wyszukiwaniem
Spójrz na moment, w którym te ćwiczenia są ci potrzebne. Jest wieczór treningowy, masz pół godziny, zanim wyjdziesz z domu, właśnie odwołało się trzech zawodników, a do dyspozycji masz połowę hali. W tę pół godziny nie przewertujesz dwustu stron. Bierzesz to, co znasz.
To nie lenistwo. Tuż przed treningiem odpowiadasz na pięć pytań i dopiero kiedy wszystkie pięć odpowiedzi się zgadza, ćwiczenie nadaje się do użycia:
- Z iloma zawodnikami za chwilę stanę i jakie jest minimum oraz maksimum, przy którym ta forma jeszcze działa?
- Czy moja grupa to udźwignie? Forma, w której piłka musi trzy razy przejść na drugą stronę, u początkujących gaśnie po dwóch sekundach.
- Czemu to ćwiczenie służy — przyjęciu, atakowi, blokowi, współpracy dwóch konkretnych zawodników?
- Czego potrzebuję: ile piłek, ile siatek, pachołki, wózek na piłki, którego może akurat nie być?
- Ile minut zajmie, licząc tłumaczenie?
PDF odpowiada najwyżej na jedno z nich: na cel, przez tytuł rozdziału. Pozostałe cztery musisz z niego wyciągnąć sam, wertując, i to co tydzień od nowa. Tu leży całe wyjaśnienie, dlaczego zbiór leży odłogiem — i odwrotny wniosek, że im grubszy dokument, tym mniejsza szansa, że kiedykolwiek go użyjesz.
Pięć pól robi ze zbioru narzędzie
Niczego nie musisz wyrzucać. Musisz dorobić do tego wejście, a to praca na jeden wieczór. Przejrzyj zbiór z dokładnie jednym pytaniem przy każdym ćwiczeniu: czy zrobiłbym to z moją grupą? Przy „nie" przewracasz stronę. Przy „tak" zapisujesz na liście jedną linijkę: pięć pól i odsyłacz do strony.
Taka linijka wygląda wtedy mniej więcej tak: Przyjęcie pod presją zagrywki — 6 do 10 zawodników — zaawansowani — przyjęcie — 1 siatka, 6 piłek — 12 minut — s. 84. Nic więcej, i to w zupełności wystarczy.
O dwóch z tych pól zwykle się zapomina. Pierwsze to maksymalna liczba zawodników. Każdy zapisuje, czy ćwiczenie da się jeszcze zrobić przy zbyt małej liczbie ludzi; prawie nikt nie zapisuje, co się dzieje przy zbyt dużej. A to właśnie ta częstsza katastrofa: czternastu zawodników w formie wymyślonej dla sześciu oznacza kolejkę ośmiu osób, które stoją i patrzą. Jak sobie z tym poradzić, opisuje tekst dwudziestu zawodników na jednym boisku oraz koniec ze staniem w kolejce; jeśli z kolei stoisz z garstką ludzi, pomoże trening z małą drużyną.
Drugie zapomniane pole to minuty. Trening jest sumą: jeśli twoje bloki nie są rozpisane w minutach, każdy plan jest zgadywanką i standardowo przeciągasz do ostatniej gry — akurat tej części, z której drużyna uczy się najwięcej. Jak układać te bloki jeden na drugim, opisuje tekst buduj jednostkę jak program.
To, co ci zostanie, nie jest zbiorem na dwieście stron, tylko listą dwudziestu, trzydziestu linijek, która mieści się na jednej kartce. Taką listę przeszukujesz oczami — a to była jedyna cecha, której ci brakowało.
Nieruchomy rysunek to półprodukt
Trzeba tu powiedzieć coś uczciwego o rysunkach, także tych z dobrych książek. Na boisku stoją strzałki: strzałka dla biegnącego zawodnika, strzałka dla piłki, czasem falka dla uderzenia. Rysownik wiedział, która strzałka co oznacza. Ty musisz to zrekonstruować i dopiero kiedy zobaczysz ruch w głowie, jesteś w stanie wytłumaczyć go dwunastu osobom.
Jeśli ten krok tłumaczenia pominiesz, wykonasz go na hali. Kosztuje cię to kilka minut przestoju, a większość z nich zejdzie na zawodnika, który pyta, czy on teraz biegnie dalej, czy nie. Zrób więc to tłumaczenie w domu, w trzech momentach:
- Obraz początkowy. Gdzie stoi każdy w chwili, gdy pierwsza piłka wchodzi do gry, i kto trzyma piłkę w rękach?
- Punkt zwrotny. Moment, w którym piłka po raz pierwszy przechodzi przez siatkę albo w którym zmienia się zadanie.
- Obraz końcowy. Gdzie stoi każdy, kiedy akcja się kończy, i jak zaczyna się następna — z tymi samymi zawodnikami czy po przesunięciu?
Jeśli nie potrafisz nazwać tych trzech rzeczy, dziura jest w rysunku, a nie w twoim rozumieniu. Jeśli potrafisz, przychodzi druga próba: czy umiesz wytłumaczyć to ćwiczenie w trzech zdaniach i raz pokazać? Jeśli nie, to dla tej grupy jeszcze nie jest gotowe, choćby na papierze wyglądało znakomicie.
Policz przy okazji kontakty. Na rysunku często od razu widać, ilu zawodników stoi i czeka i czy ta forma w ogóle przypomina siatkówkę — to osobne pytanie, któremu w całości poświęcony jest tekst ćwiczenia zbliżone do meczu.
Dwanaście ćwiczeń wystarcza na cały sezon
Pod szukaniem kolejnego materiału leży ciche założenie, że celem jest różnorodność. Dla drużyny tak nie jest. Forma, którą wszyscy znają, nie kosztuje już tłumaczenia, rusza od razu i daje się utrudniać bez zaczynania od nowa. Każde nowe ćwiczenie kosztuje cię natomiast czas: wytłumaczyć, poprawić, powtórzyć. Cztery nowe formy jednego wieczoru i wychodzi na to, że przede wszystkim instruowałeś.
Działający własny zestaw jest mały i wygląda mniej więcej tak: dwie formy na rozgrzewkę, dwie na przyjęcie, dwie na atak, dwie na obronę i blok, dwie gry na zakończenie oraz dwie formy na wypadek, gdy się nie układa — pół hali, pół składu. Dwanaście. Więcej w ciągu sezonu nie potrzebujesz, pod warunkiem że umiesz je utrudniać.
Bo to właśnie tam siedzi twoja różnorodność: nie w nowych ćwiczeniach, tylko w pokrętłach przy tym samym ćwiczeniu. Zwiększ odległość, podkręć tempo dorzucania piłek, wyjmij jedną piłkę z gry, zmień sposób liczenia albo nałóż dodatkowe zadanie („akcja liczy się tylko wtedy, gdy padły trzy odbicia"). W ten sposób jedną formą obsługujesz jednocześnie różne poziomy, co opisuje tekst jeden trening, sześć poziomów.
Pozwól zestawowi rosnąć, ale z hamulcem: najwyżej jedno nowe ćwiczenie miesięcznie, i wtedy jedno stare wypada. Zbiór, który tylko rośnie, po roku jest dokładnie tym, co miałeś na początku — stertą, w której niczego nie odnajdujesz. Jaki podział sprawdza się w praktyce, opisuje tekst kategoryzowanie ćwiczeń.
Wybierasz dzień wcześniej, nie na hali
Ostatni krok to nawyk, a nie narzędzie. Wybierz poprzedniego wieczoru trzy ćwiczenia, dopisz przy nich minuty i połóż tę kartkę przy kluczach. Na hali już nie wybierasz; tam realizujesz i patrzysz na zawodników, a nie w telefon. Po treningu zapisz jedną linijkę: która forma poszła, która zgasła i dlaczego. Po dziesięciu treningach masz coś, czego nie da ci żaden zbiór — listę, która należy do twojej grupy.
Gdzie tę listę trzymasz, ma mniejsze znaczenie niż to, że ją prowadzisz: aplikacja do notatek, wspólny dokument, folder z pięcioma dobrymi PDF-ami. Jedna rzecz jest za to istotna: żeby drugi trener zaglądał w to samo miejsce, bo inaczej prowadzicie dwa osobne programy z tą samą drużyną. O tym jest tekst dzielenie się ćwiczeniami między trenerami.
No i Koach, aplikacja, przy której stoi ta baza wiedzy — wspomniana dlatego, że jest zbudowana dokładnie pod te dwa zarzuty powyżej, a nie dlatego, że to jedyna możliwa odpowiedź. Dwieście ćwiczeń filtrujesz w niej po dziewięciu kategoriach i po słowie kluczowym, a stoją tam nie jako obrazek, tylko jako fazy odtwarzane jedna po drugiej, więc widzisz ruch, zamiast go rekonstruować. Jest też przełącznik „Sortuj według obecnych zawodników": wpisujesz, ilu ludzi przyjdzie dzisiaj, a lista rozpada się na dokładnie tyle, mniej zawodników i potrzeba więcej zawodników. Czego aplikacja nie robi, to wybieranie — te dwanaście form nadal należy do ciebie. Jak to wygląda w praktyce, pokazuje tekst aplikacja z ćwiczeniami, a własne formy dorysujesz w edytorze ćwiczeń.
Krótko: problemem nie jest to, że masz za mało ćwiczeń, tylko to, że niczego w nich nie odnajdujesz. Dopisz pięć pól przy tych ćwiczeniach, które naprawdę byś zrobił — zawodnicy, poziom, cel, sprzęt, minuty — wybierz trzy poprzedniego wieczoru, a swój stały zestaw trzymaj na tyle mały, żeby go znać.
Częste pytania
Czy mogę przenieść ćwiczenia z darmowego PDF-a do własnej listy?
Na potrzeby własnych treningów rzadko kiedy w coś uderzasz: korzystasz z pomysłu i zapisujesz go własnymi słowami. Co innego, gdy kopiujesz rysunki albo całe strony i rozpowszechniasz je poza własną drużyną — wtedy chodzi o pracę autora, a zasady różnią się w zależności od kraju. Bezpieczna linia jest zawsze ta sama: własne słowa, w razie potrzeby własny rysunek, i podanie źródła, jeśli przekazujesz coś koledze. Zajrzyj poza tym na pierwszą stronę zbioru; tam zwykle stoi, na co autor pozwala, a na co nie.
Czy płatna książka z ćwiczeniami jest lepsza od darmowego PDF-a?
Zwykle tak, ale nie dlatego, że ma cenę. Kupujesz redakcję: jednego autora, układ od łatwego do trudnego, warianty przy każdej formie i rysunki, które mówią tym samym językiem. Darmowy materiał kursowy ze szkolenia trenerskiego może mieć dokładnie te same cechy. Oceniaj więc po samym zbiorze: jeśli przy każdym ćwiczeniu stoi cel, liczba zawodników i utrudnienie, to jest dobry materiał, płatny czy nie.
Ile ćwiczeń naprawdę potrzebuję na cały sezon?
Licz na jakieś dwanaście form, które znasz na pamięć, pod warunkiem że umiesz je utrudniać. Sezon to dziesiątki treningów, ale nie wymagają one dziesiątek ćwiczeń — wymagają tych samych ćwiczeń, które rosną razem z grupą pod względem odległości, tempa, sposobu liczenia i presji. Jeśli pracujesz na znacznie większej liczbie form, na każdym treningu nieuchronnie więcej czasu idzie na tłumaczenie, a mniej na grę.
Nigdy nie wiem z góry, ilu zawodników przyjdzie. Jak mam wtedy wybierać?
Wybierz dwie wersje wieczoru zamiast jednego planu. Dopisz przy każdym ćwiczeniu na liście minimum i maksimum i zadbaj o to, żeby twoje główne ćwiczenie się skalowało: forma z dwoma rzędami przy małej liczbie ludzi staje się jednym rzędem, a przy dużej trzema rzędami po obu stronach siatki. Trzymaj poza tym w zanadrzu jedną formę awaryjną na pół składu i jedną na przepełnioną halę, a wtedy nigdy nie będziesz musiał improwizować na miejscu.


