Trener siatkówki Dennis Boekhout wylicza, ile kosztuje go tydzień z drużyną młodzieżową, co oddaje innym i czego świadomie już nie robi.
Trenowanie siatkówki po pracy na papierze wygląda znośnie: dwa wieczory w hali i mecz w weekend. W praktyce wieczór zaczyna się pół godziny wcześniej, kończy kwadrans później, a przez cały tydzień ciągnie się grupa na czacie z pytaniami o dojazdy, nieobecności i godziny. Prawie każdy trener amator robi to obok pełnego etatu.
Dennis Boekhout prowadzi drużynę młodzieżową i zbudował Koacha. W tej rozmowie rozlicza swój tydzień: gdzie znikają godziny, co jest gotowe w dwie minuty i dlaczego nie obiecuje, że aplikacja odda ci czas.
„Na papierze nic. Dwa wieczory w hali, wpół do ósmej, półtorej godziny. Do tego mecz w weekend. Kiedy ktoś na imieninach pyta, ile kosztuje trenowanie, mówię właśnie to i wszyscy kiwają głowami: brzmi do ogarnięcia.
„Tylko że to nieprawda. Jestem pół godziny wcześniej, bo w hali stoi jeszcze inna grupa, a ja chcę rozstawić siatki. Po treningu zawsze zostaję, bo zawsze jest ktoś, kto chce coś powiedzieć. Dolicz dojazd i z półtorej godziny treningu robi się trzygodzinny wieczór. Dwa razy trzy, plus dzień meczowy, który zjada pół soboty.”
„Przygotowanie. Nie chcę wymyślać o siódmej piętnaście w samochodzie, co dziś robimy, więc gdzieś w tygodniu siadam na pół godziny i zastanawiam się, nad czym pracujemy. Przed meczem patrzę na ustawienie i na to, kto jest w formie. To przyjemna część, ale to też czas.
„Jak wszystko zsumuję, zwykły tydzień to jakieś dziesięć godzin. To nie jest narzekanie: robię to dobrowolnie i robię to chętnie. Ale to jest ta liczba, której nikt nie wymienia, pytając, czy »dalej coś tam robisz z siatkówką«.”
„Z godzin poza halą mniej więcej połowa. I to jest gorzkie, bo ta połowa nie zrobiła lepszym ani jednego zawodnika. Obecności trzymałem w arkuszu, dojazdy w notatce w telefonie, obserwacje w notesie, a reszta działa się na czacie drużyny.
„Najgorsze było wracanie do wiadomości. Ktoś wypisuje się we wtorek, gdzieś w rozmowie z czterdziestoma wiadomościami, a w sobotę przewijam, żeby ustalić, kto właściwie był. To nie jest trenowanie. To księgowanie tego, co już się wydarzyło.”
„Oczywiście i nie będę udawał, że to była mądra inwestycja godzin. [śmiech] Ale zacząłem od uczciwej listy: co robię co tydzień i która z tych czynności sprawia, że zawodnik jest lepszy? Wszystko, co na to drugie pytanie odpowiadało »nie«, musiało się skrócić, zniknąć albo trafić do kogoś innego.”
„Obecności. Przechodzę listę, zanim wyjdę z hali: jedno tapnięcie na zawodnika — obecny, zgłosił nieobecność albo nieobecny. Na dole widać, ilu było, i od razu wchodzi to do obecności w sezonie. Dwie minuty, w hali, gotowe.
„Kiedyś robiłem to w niedzielę w domu, z pamięci. Wtedy to nie były dwie minuty, tylko dwadzieścia, a i tak zgadzało się w połowie. Prawdziwa różnica jest taka: nie że idzie szybciej, tylko że jest zamknięte, zanim wsiądę do samochodu.”
„Od ekranu startowego. Jest tam cel zespołu, ogłoszenia, które wysłałem, zadania, których nikt jeszcze nie wziął, i obecność w sezonie zawodnik po zawodniku. Nie muszę szukać w czterech ekranach, co zostało do zrobienia.
„I ten ekran jest też lustrem. Jeśli wisi mecz bez wyniku i trening bez obecności, to znaczy, że mam zaległości. Niemiłe, ale uczciwsze niż pusty ekran udający, że wszystko jest zrobione.”
„Zapisy, na początek. Zawodnicy sami zapisują się na treningi i mecze, a kto chce, zapisuje się za jednym razem na wszystkie treningi. Już nie liczę, tylko patrzę. Kto się wypisuje, może dopisać wiadomość, a ona zostaje przy tym treningu, a nie ginie w połowie rozmowy na grupie.
„To nie oszczędza mi godzin tygodniowo, ale oszczędza mi pamiętania. Nie muszę już trzymać w głowie, kto wypisał się we wtorek i dlaczego.”
„Liczenie punktów oddaję, kiedy tylko ktoś chce to robić. Upoważniasz członka zespołu z połączonym kontem, a on prowadzi wynik i statystyki na własnym telefonie. Wtedy ja trenuję przy linii, zamiast stukać w ekran, a po meczu spotkanie po prostu jest w aplikacji.
„Dojazdy idą przez pulę kierowców: kto może jechać i z iloma miejscami, a aplikacja układa z tego grafik. Jak się nie spina, wrzucam to jako zadanie na ekran startowy i ktoś może tapnąć »zrobię to«. Pytanie trzy razy na grupie, kto jedzie — z tym skończyłem.”
„Nie rozpisuję już całego programu na każdy trening. Ustawiam jeden temat na ten wieczór — zagrywka, przyjęcie, rotacje — z ćwiczeniami, które do niego pasują. A same treningi planuję za jednym razem na cały okres, bo i tak wypadają co tydzień tego samego wieczoru.
„Nie analizuję też już każdego meczu do dna. Liczby są, ale wyciągam z nich jedną rzecz. Jak patrzysz na wszystko, to z niczym nic nie robisz, i wtedy to naprawdę był stracony czas.”
„Nie. Nie w taki sposób, jak się to zwykle sprzedaje. Godziny w hali zostają godzinami w hali, dojazd na wyjazd dalej trwa godzinę, a zawodnik, który chce pogadać, dalej potrzebuje mojego kwadransa. Na to nie ma przycisku i wcale go nie chcę.
„Zmieniło się to, dokąd te godziny idą. Kawałek, który był papierologią, mocno się skurczył. Teraz czas ucieka głównie tam, gdzie żadna aplikacja nic nie zmieni: dojazdy, czekanie i rozmowa, którą chcesz odbyć z zawodnikiem.”
„Oddaj w tym miesiącu jedną rzecz. Jedną, nie pięć. Wybierz tę, przy której najbardziej się wkurzasz — u mnie było to organizowanie dojazdów — i przekaż ją komuś albo zostaw aplikacji.
„I nie ustawiaj niczego, czego potem nie utrzymasz. System wypełniony w połowie kosztuje więcej energii niż żaden. Jeśli nie będziesz zapisywać obecności co tydzień, to jej nie zapisuj. To nie egzamin. Jesteś wolontariuszem z drużyną, która na ciebie liczy, i to już wystarczy.”
Chcesz zobaczyć, gdzie znika twój tydzień? Wstaw drużynę do Koacha, pozwól zawodnikom zapisywać się samodzielnie i odhaczaj obecności w hali, a nie w niedzielę w domu.
Wypróbuj Koacha za darmo